Ostatnią dekadę mojego życia zdominował RAK. Pierwszą bitwę, mimo, że wyglądała na beznadziejną, wygraliśmy.
RAK wycofał się i zahibernował. Czekał na lepszą sposobność.
Ach, jak łatwo było zapomnieć i żyć !!!
W zeszłym roku wszystko zaczęło się na nowo i RAK zabiera moich bliskich,
przyjaciół z prędkością światła.
Godziny na szpitalnych korytarzach. Widoki, zapachy. Szelest pościeli. Wdech.
Zbuntowane dziecko we mnie czepia się każdej dobrej myśli, nadziei, uśmiechu,
analizuje każde zasłyszane TAK.
Czas mija.
Stoję na zamarzniętym jeziorze i uczę się odpuszczać. Biel krajobrazu, cisza i surowość przyrody pomagają. Wydech.
Na korytarzu oddziału onkologicznego łysy staruszek w piżamie i papuciach mówi do kolegi (ze swadą, nie sposób było nie słyszeć): „Trzeba żyć z radością, tańczyć, śpiewać, póki RAK nie uczyni z nas starców niezdolnych do niczego! ”
