Podsłuchiwałam bezczelnie rozmowę dwóch studentek, odnośnie ubrań z drugiej ręki. Że bez sprawdzonego źródła nie noszą, że w lumpeksach i po kimś się brzydzą, że raczej
i namiętnie polują na okazyjne wyprzedaże
w zarach, czy innych haendemach.
Te panny kupują przynajmniej jeden nowy ciuch tygodniowo. Często kilka.
Nosz kurna – dramat.
Nie miałam pojęcia o skali tego zjawiska.
Od lat ubieram się w lumpeksach i co więcej, kupuję zwłaszcza ubrania vintage. Wychodzę z założenia, że jeśli przetrwały w tak dobrym stanie kilkadziesiąt lat, warto jest mieć je w swojej szafie. Noszę te same zestawy do znudzenia i wymieniam dopiero, gdy się zniszczą.
Najwyraźniej nie jestem TARGETEM.
Czytałam też (co mnie chyba jeszcze bardziej zaszokowało) o nagminnych praktykach kupowania ubrań i zwracania ich do sklepu, nazajutrz po zrobieniu w nich sesji na Instagramie.
Tylko po to!
Te MiLiARDY TON ubrań jadą sobie potem do Indii i są tam niszczone (najczęściej palone).
Środowisko jest w związku z tym wdzięczne.
Udusimy się, ale przynajmniej w modnych szmatach!
