Czas płynie. Godzimy się ze stratą. Z każdą chwilą boli trochę mniej.
Idę powoli, rozglądając się na boki. Mój świat znowu ma kolory! Tęsknota już tak nie dławi i prawie można oddychać pełną piersią. Śmiać się naprawdę. Twarzą i oczami. Czuć szczęście. Ta przestrzeń jest znowu dostępna.
Czasami noce są trudne. Bezbronne. Pełne cieni. Wspomnień. Snów. Zamykam oczy i już, coraz rzadziej, ale wraca zapach, pamięć troski w głosie, gładkość skóry i chłód całowanych policzków. Dotyk. Czułość matkowania. Jej kruche ciało złamane chorobą.
Jesteśmy śmiertelni.
„Pani zetrze sobie niedługo wszystkie zęby” – słyszę od stomatologa. Bruksizm i bezwiedne zaciskanie pięści.
Jestem gotowa do walki.
Ale o co? Już nie ma o co. Już się skończyło.
Dziś mija rok.
Gnałam Uberem do szpitala, żeby być przed.
Kierowca pomylił drogę. Nie zdążyłam.
O kwadrans.
Tylko tyle.
Aż.
Na szczęście mogłam z Nią spędzić cały dzień. Zanim.
Jestem wdzięczna.
