Kronika, z dziś. 

Rano poszłam, jak co dzień, na spacer z psem. Łazimy na wały nadodrzańskie, w miejsca, gdzie jest mała frekwencja, coby unikać zagrożeń. 

Szliśmy sobie grzecznie, wąchając kwiatki i obsikujac krzaczki, w dużym oddaleniu od pary sunących powoli i z godnością seniorów, omijając szerokim łukiem pana walczącego z upartym szczeniakiem. Przez to nie zauważyliśmy niebezpieczeństwa, które czaiło się za zakrętem, na waskiej ścieżce między opuszczoną miejską plażą, a rzeką. Na zapyziałej drewnianej palecie (przy samej ścieżce, nie sposób ominąć) rezydowała madka z 4-5 letnim dzieciaczkiem. Maszerowaliśmy z Dantem po tej wąskiej dróżce, zadumani w swoim świecie, ciesząc się pogodą i towarzystwem, kierując spojrzenia ku wodzie i słońcu, a tu nagle zaskoczył nas ryk, wrzask i awantura … Wrośliśmy w ziemie, lekko oszołomieni. Panimadka stacjonując na palecie (z samego brzegu, nie sposób ominąć) zaczęła nas nagle obrzucać kwiecistymi inwektywami, a bluzgi leciały z jej ust korali na prawo i lewo. Usłyszałam, (poza wiązankami przekleństw), że jestem morderczynią, bo narażam dziecko panimadki na zarażenie, bo idę z psem (notabene na smyczy, oraz byliśmy w przepisowej odległości) i że zdrowie dziecka jest ważniejsze, niż jakiśtam pies. Próbowałam interweniować wrodzoną łagodnością i nie rozsierdzać demona. Gotowałam się w środku, ale ze względu na dziecko (wyglądało na przerażone) poskromiłam żądzę krwi. Powiedziałam z przyjaznym uśmiechem:

-„Rozumiem, że się pani boi i jest sfrustrowana, ale proszę odetchnąć trzy razy i się uspokoić. Zawsze może pani stąd odejść, jeśli czuje się pani zagrożona, lub boi o dziecko. Może proszę po prostu nie wychodzić w takie miejsca, gdzie wiele osób przychodzi z psami. Lepiej je omijać.”

Nic z tego. Zostałam okrzyczana wariatką i, że ona jest spokojna, a nie sfrustrowana, że to ja jej dziecku robię krzywdę i mam się stąd zabierać w trymiga, bo ona już dzwoni po straż miejską. 

Odpowiedziałam, nadal trzymając nerwy na wodzy, że bardzo proszę, niech dzwoni, poczekam na nich z przyjemnością, na to madkalwica wrzasnęła: „Nie będziesz mi mówić, co mam robić! ” 

-„Nie jesteśmy na ty, proszę pani” 

-„Zaraz ci zrobię zdjęcie i roześlę wszędzie, z komentarzem, bez twojego pozwolenia! ” 

„Proszę spróbować!” – nadal z uśmiechem i spokojnie, ale byłam na granicy wytrzymałości, możecie mi wierzyć. Chciałam jej zaproponować, żeby zmieniła miejscówkę dla dobra własnego i dziecięcia, ale nie chciała mnie słuchać, tylko pluła jadem, że jestem morderczynią i kretynką. Miałam zamiar jej uświadomić, że ta syfiasta paleta przy ścieżce, na której właśnie umościła swoje wdzięki i maca ją rękami, jest miejscem bardzo popularnym, co rusz ktoś się tu opala, albo konsumuje mocniejsze trunki, wczoraj spał tam mocno brudny bezdomny i ściągali go z tej palety jego dwaj zawiani koledzy… ale odpuściłam. Nie będę się pchała lwicy w paszczę, ani pouczała, skoro wie lepiej. Oczywiście, że była bez maski i rękawic, ona i dziecko. Spokojnie odwróciłam się na pięcie i mówiąc: „Dante! Idziemy stąd, piesku!” oddaliłam się. Na odchodnym usłyszałam jeszcze: -„Idiotko, mówisz do psa jak do dziecka! “, po czym już nieco cichsze, skierowane do małej latorośli „Ta pani jest nienormalna i przyszła tu, żeby ludzi zarazić! ” 

Epidemia wywleka z ludzi najgorsze cechy.

Zostaw komentarz

0
    0
    Koszyk
    Koszyk jest pustyWróć do sklepu
    Przewijanie do góry