Pracując nad koncepcją spektaklu, nie chciałam kopiować twórczości Hoppera. Chciałam z nim porozmawiać. Zadać mu pytania z perspektywy naszych czasów – świata po (albo raczej: wciąż w) pandemii, w którym ciało stało się polityczne, społeczne, kruche. Chciałam stworzyć przestrzeń, w której obecność zyskuje ciężar, a ruch nie musi być efektem, lecz wyborem. W której mówimy: jestem, nawet jeśli nikt nie pyta.

Miasto, w którym dzieje się spektakl, nigdy nie śpi i bywa bezwzględnie nieprzyjazne. Wypełnione głosami, których nikt nie słucha, spojrzeniami, które nie mają dokąd trafić. W swojej intensywności miasto potrafi być puste. Ta pustka nie zawsze jest dosłowna. Czasem to brak relacji, czasem – nadmiar bodźców.
Ten stan – rozciągnięty pomiędzy wielością a izolacją – był dla mnie punktem wyjścia dla spektaklu i pierwszym impulsem twórczym. Inspiracją stały się również obrazy Edwarda Hoppera, który jak nikt inny potrafił uchwycić samotność. Jego obrazy są jak nieruchome kadry teatralne czy filmowe – ktoś siedzi, patrzy przed siebie, czeka. Twarze zwrócone ku pustce, ciało przylegające do światła, okna, przez które zaglądamy nie tylko na zewnątrz, ale też w głąb siebie – to wszystko nabrało nowego znaczenia, gdy miasto zamilkło, a świat zatrzymał się w bezruchu.
Gdy umieściłam dramaturgię w 2020r., zderzając świat Hoppera z sytuacjami charakterystycznymi dla pandemii spektakl zyskał nową przestrzeń do interpretacji, nowy kontekst osobisty i społeczny. Pandemia nie jest w spektaklu tematem, lecz środowiskiem. Jak powietrze – niewidzialna, ale wszechobecna. Przypomina o kruchej strukturze kontaktu, o wartości ciała jako obecności, a nie narzędzia. Ruch – ograniczony, czasem niechętny – nabiera nowego znaczenia. W czasie lockdownu ciało stało się miejscem, w którym byliśmy zamknięci.
Zyskaliśmy możliwość opowiedzenia własnych historii i skonfrontowania się z pytaniem, co zostaje z człowieczeństwa, gdy znikną obowiązki, harmonogramy, role społeczne, tempo, zgiełk? Jak odnaleźć siebie w mieście, które nagle umilkło i opustoszało? Pandemia COVID-19 uwydatniła coś, co w nas buzowało od dawna: lęk przed samotnością i tęsknotę za relacją. Zostaliśmy zamknięci – nie tylko w domach, ale też w sobie. Nasze ciała były oddzielone, ale też na nowo obecne. Własna skóra, własny oddech i zero ucieczki – dla wielu było to brutalne zderzenie z prawdą o sobie.
Ciało stało się naszym medium. Nie szukaliśmy efektu – szukaliśmy obecności. Szukaliśmy przestrzeni, w której samotność przestaje być wstydem, a staje się faktem. Gdzie czuła obecność jest wartością. Powtarzalne gesty codzienności– parzenie herbaty, układanie poduszki, przeczesywanie włosów – zaczęły nabierać symbolicznego znaczenia. Zaczęliśmy żyć wolniej, spokojniej.
W spektaklu wracają właśnie te drobne, cielesne rytuały. Taniec przestaje być popisem. Staje się świadectwem obecności.

Obecność – oto najważniejsze słowo tej opowieści. Nie sukces, nie działanie, nie ekspresja.
Obecność.
Każda z osób zaproszonych do spektaklu wnosi własny głos – cielesny, emocjonalny, osobisty. Maja Barańska, tańcząca początkowo w stanie błogosławionym, a obecnie z niemowlęciem, zmienia samą definicję ruchu: staje się uważna, powolna, głęboko osadzona w swoim „tu i teraz”. Jej ciało nie tylko tańczy – ono słucha, reaguje, oddycha. Joanna Potkowska wnosi do spektaklu neurotyczną, przejmującą kobiecość – złożoną z napięć, niedopowiedzeń, braku zgody na jednoznaczność.
Dominika Jaenel koncentruje uwagę widza na twarzy – jej mimika staje się tańcem samym w sobie. To twarz, która opowiada więcej niż ciało. Elektryzuje, energetyzuje. Maja Kubalańca balansuje między jawą a snem – wnosi do opowieści oniryczny spokój. Przywołuje świat, który jeszcze nie istnieje, ale może się wydarzyć – jeśli tylko odważymy się go sobie wyobrazić.
Muzyka odgrywa w spektaklu rolę równorzędną. Dzięki Kamilowi Grabowskiemu dźwięki stają się nie tłem, ale bohaterem. Od Piazzolli po Weilla – pojawiają się nastroje wszystkich barw, które można zaśpiewać i zatańczyć. Przejścia, które zmieniają nastroje, tworząc nową warstwę znaczeń, nie opisując emocji – uruchamiając je.
Sceny taneczne, solowe i grupowe nie konkurują ze sobą. Tworzą tkankę – poetycką, kruchą, prawdziwą, a kobiecy śpiew – subtelny i przejmujący – stapia się z muzyką, otwierając przestrzeń uczuć, emocje, które dławią i nie dają się wypowiedzieć.
Miasto w spektaklu nie ma kształtu. Nie pojawia się konkretna architektura, ale czuje się obecność ulic, okien, świateł zza firanki. Nie jest miejscem akcji. Jest stanem świadomości. Wrocław z grafik Izy Świerad jest senny, odrealniony, zniekształcony światłem, perspektywą, absurdalny i w jakiś sposób magiczny, wyjątkowy. Ale jest również, jak każda inna współczesna metropolia, w której człowiek – choć otoczony strukturą i instalacjami – czuje się niewidzialny.
Tworząc ten spektakl, nie planowałam diagnozy społecznej. A jednak trudno uciec od kontekstu: współczesne społeczeństwa cierpią na chroniczny brak bliskości. Coraz częściej mówimy o „epidemii samotności”. Coraz mniej potrafimy patrzeć sobie w oczy. Coraz trudniej jest nam być razem, bo nie jesteśmy w stanie być ze sobą.
W tym sensie „JESTEM” staje się aktem odwagi.
Bo powiedzieć „jestem” – to przyznać, że czuję. Że potrzebuję. Że nie chcę zniknąć.
Dokąd zmierzamy?
To pytanie powraca do mnie coraz częściej – nie tylko jako artystki, lecz jako człowieka zanurzonego we współczesności. W czasie przyspieszonym, naznaczonym przez pandemie, konflikty, nadmiar informacji i niedobór sensu. Technologia daje nam szybkość i dostępność. Ale odbiera ciszę, głębię, obecność. Staliśmy się funkcjonalni, wydajni, ale coraz mniej uważni – na siebie nawzajem, na własne potrzeby, na świat.
Wiele mówi się dziś o postludzkiej przyszłości: o sztucznej inteligencji, o automatyzacji emocji, o tym, że ciała będą kiedyś zbędne. Ale ja mam w sobie przekorne przekonanie, że cielesność, dotyk, oddech – staną się jednak ostatnim bastionem ludzkiej tożsamości. Wszystko inne może zostać zaprogramowane. Ciało – z jego niepewnością, bólem, kruchością, ulotnością i pamięcią – nie.
Być może przyszłość będzie należeć do tych, którzy się zatrzymają. Którzy spojrzą uważnie. Którzy nie będą się bali być w ciszy z drugim człowiekiem. Jeśli świat ma się jeszcze gdzieś udać – to tylko w relacji z drugim człowiekiem.
Jeśli będziemy uważnie słuchać patrzeć, pytać.
Mimo wszystko.
To wystarczy.

”HOPPER 2020. JESTEM. Samotność zwana miastem”
Koncepcja spektaklu: Ewa Staroń
Opracowanie muzyczne: Kamil Grabowski
Realizacja: Niezależna Manufaktura Taneczna z gościnnym udziałem Mai Barańskiej, Dominiki Jaenel, Mai Kubalańcy
Grafiki: Iza Świerad
Foto: Joanna Hanusek
Wydarzenie sfinansowano z budżetu Samorządu Województwa Dolnośląskiego i ze środków Gminy Miasta Wrocław

