Raport z czwartku
- Piszę właśnie tekst na bloga, siedząc na balkonie. Piję kawę, wklepuję myśli w klawiaturę i trwam. Próbuję nie zwariować. W normalnych warunkach cieszyłoby mnie słońce, śpiewające ptaki i chwila wytchnienia w biegu, a tak, liczę dni do powrotu szalonych dni pracy, spotkań z ludźmi, prób, zajęć, grania. Próbuję odepchnąć od siebie przeczucie, że w najbliższym czasie nie będzie przestrzeni dla sztuki i powinnam już obmyślać Ewę w wersji 2.0. Niestety, nie ma obecnie miejsca w mojej głowie, na ten nikczemny plan zmian.
- Jednakowoż, uporządkowaliśmy z Kubą sprawy związkowe i założyliśmy „teczki na czarną godzinę”, w których trzymamy upoważnienia i testamenty, podpisane polisy oraz uzgodniliśmy, gdzie zamieszkałyby zwierzęta. Jesteśmy przygotowani na „cześć pieśni”.
- Walczymy z brakiem motywacji do czegokolwiek.
- Ponadto walczę z sarkazmem, bo podłączył mi się i nie chce za cholerę odpuścić. Pragnę być miła i sympatyczna, nosić się w masce i oślizgłych, śmierdzących gumą rękawiczkach lekko i z wdziękiem, odpuszczać wszystkie negatywne emocje i zarażać ogół optymizmem, a wychodzi jak zawsze „dzicz i zołzowatość”. Plus wisielczy humor.
- Nie mam już siły się bać. Dlatego przestałam. Się. Bać.
